lektory on-line

Krzyżacy - Strona 346

na kształt osaczonego przez psy odyńca. Natomiast ucieszyła go wiadomość, iż są nie dalej
niż o ćwierć mili, wymiarkował bowiem z tego, że ów zastęp ludzi, których poprzednio
wysłał, zajął już byt tyły Niemcom, i że w razie ich klęski nie przepuści żadnej żywej
duszy. Co do czaty idącej w przodzie oddziału, niewiele z niej sobie robił, gdyż
spodziewając się z góry, że tak będzie, rozkazał już poprzednio swym Źmujdzinom albo
przepuścić ową straż spokojnie, albo też, gdyby ludzie z niej chcieli badać wnętrze bom,
wyłowić ich po cichu co do jednego.
Lecz to ostatnie polecenie okazało się zbytecznym. Podjazd nadciągnął niebawem. Ukryci
pod wykrotami bliżej gościńca Źmujdzini widzieli doskonale tych knechtów, jak stanąwszy
na skręcie, poczęli z sobą rozmawiać. Naczelnik, tęgi, rudobrody Niemiec, nakazawszy im
znakiem milczenie, począł następnie nasłuchiwać. Przez chwilę widać było, że waha się,
czyby nie zjechać w bór, wreszcie, słysząc tylko kowanie dzięciołów, widocznie pomyślał,
iż ptactwo nie pracowałoby tak swobodnie, gdyby w lesie był kto ukryty, więc machnął ręką
i powiódł oddział dalej.
Zbyszko przeczekał, póki nie znikli za następnym skrętem, po czym zbliżył się cicho do
samego gościńca na czele ciężej zbrojnych mężów. Był między nimi Maćko, Czech, dwóch
wło-dyków z Łękawicy, trzech młodych rycerzy spod Ciechanowa i kilkunastu znaczniejszych,
lepiej zbrojnych bojarów żmujdzkich. Dalsze ukrywanie się nie było już zbyt potrzebne,
miał więc Zbyszko zamiar, zaraz gdy zjawią się Niemcy, wysunąć się na środek szlaku,
skoczyć, uderzyć w nich i rozerwać. Gdyby to się udało i gdyby walka ogólna zamieniła się
na szereg pojedynczych, mógł już być pewien, że Źmujdzini poradzą sobie z Niemcami.
I znów nastała chwila ciszy, którą mącił tylko zwykły gwar leśny. Ale wkrótce do uszu
wojowników doszły od wschodniej strony gościńca i głosy ludzkie. Zrazu pomieszane i dość
odległe, stopniowo stawały się coraz bliższe i wyraźniejsze.
Zbyszko w tej samej chwili wyprowadził swój oddział na środek gościńca i ustawił go w
klin. Sam stał na czele, mając za sobą bezpośrednio Maćka i Czecha. W następnym szeregu
stało trzech ludzi, w następnym czterech. Zbrojni byli wszyscy dobrze: brakło im
wprawdzie potężnych "drzew", czyli kopii rycerskich, gdyż te stawały się w leśnych
pochodach wielką zawadą;
natomiast mieli w ręku krótkie i lżejsze dzidy żmujdzkie do pierwszego natarcia, a miecze
i topory przy siodłach do walki w ścisku.
Hlawa nastawił pilnie uszy, posłuchał, a następnie szepnął do Maćka:
- Śpiewają, zatracona ich mać!
- Ale mi to dziwno, że tam bór zamyka się przed nami i że ich nie widać dotąd -
odpowiedział Maćko.
Na to Zbyszko, który już dalsze skrywanie się, a nawet ciche mówienie uważał za
zbyteczne, odwrócił się i rzekł:
- Bo gościniec idzie wedle strumienia i przez to często się zakręca. Obaczym się
niespodzianie, ale to lepiej.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional