lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 34

przewidujący.
- A o ślubie wy mówili? - pytał znów Kasjan.
Oleńka spuściła oczy.
- Pan Kmicic chce jak najprędzej...
- Ot, co! jeszcze by nie kciał... - mruknął Józwa -chybaby głupi! A któryż to niedźwiedź
nie kce miodu z barci? Ale po co się spieszyć? Czy to nie lepiej zobaczyć, co zacz
człowiek jest? Ojcze Kasjanie, taż już powiedzcie, co macie na języku, nie drzemcie jako
zając o południu pod skibą!
- Jać nie drzemię, jeno sobie w głowę patrzę, co by rzec - odpowiedział staruszek. - Pan
Jezus powiedział tak: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie! My też panu Kmicicowi zła nie życzym,
aby i on nam nie życzył, co daj Boże, amen!
- Byle był po naszej myśli! - dodał Józwa.
Billewiczówna zmarszczyła swe sobole brwi i rzekła z pewną wyniosłością:
- Pamiętajcie, asanowie, że nie sługę mamy przyjmować. On tu panem będzie, i jego wola ma
być, nie nasza. On i w opiece musi waćpanów zastąpić.
- To znaczy, żeby my się już nie wtrącali? - pytał Józwa.
- To znaczy, żebyście mu przyjaciółmi byli, jako on chce być wam przyjacielem. Przecie on
tu własnego dobra strzeże, którym każdy wedle upodobania rządzi. Zali nieprawda, ojcze
Pakoszu?
- $więta prawda! -odrzekł pacunelski staruszek.
A Józwa znów zwrócił się do starego Butryma :
- Nie drzemcie, ojcze Kasjanie!
- Jać nie drzemię, jeno w głowę patrzę.
- To mówcie, co widzicie.
- Co widzę? ot, co widzę... Familiant to jest pan Kmicic, z wielkiej krwi, a my
chudopachołki ! Źołnierz przy tym sławny; sam on jeden oponował się nieprzyjacielowi, gdy
wszyscy ręce opuścili. Daj Boże takich jak najwięcej. Ale kompanię ma nicpotem!... Panie
sąsiedzie Pakoszu, cóżeście to od Domaszewiczów słyszeli? - że to wszystko ludzie
bezecni, przeciw którym infamie są i kondemnaty, i protesta, i inkwizycje. Katowskie to
syny! Ciężcy byli nieprzyjacielowi, ale i obywatelstwu ciężcy. Palili, rabowali, gwałty
czynili! ot, co jest! Źeby to tam kogo usiekli albo zajechali, to się i zacnym zdarza,
ale oni podobnoć zgoła tatarskim procederem żyli i dawno by im po wieżach gnić przyszło,
gdyby nie protekcja pana Kmicica, któren jest możny pan! Ten ich miłuje i osłania, i przy
nim się wieszają jak latem bąki przy koniu. A teraz tu przyjechali i już wszystkim
wiadomo, co zacz są. Toż pierwszego dnia w Lubiczu z bandoletów palili - i do kogo? - do
wizerunków nieboszczyków Billewiczów, na co pan Kmicic nie powinien był pozwolić, bo to
jego dobrodzieje.
Oleńka zatkała oczy rękoma.
- Nie może być! nie może być!
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional