lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 328

- Ociec, prać?
- Prać! - odrzekł stary Kiemlicz dobywając szablę.
Wtem drzwi pękły i żołnierze Józwy zwalili się do izby; ale tuż za nimi, prawie na ich
karkach, wjechała czeladź Kiemliczów.
Józwa chwycił za kark lewą ręką pana Andrzeja, a w prawej trzymał już goły rapier,
czyniąc nim wokoło siebie wicher i błyskawice. Lecz pan Andrzej, choć tak olbrzymiej siły
nie posiadał, chwycił go także jakby kleszczami za gardziel. Józwie oczy wylazły na
wierzch, rękojeścią swego rapiera chciał strzaskać Kmicicową rękę i nie zdążył, bo go
wpierw Kmicic głownią swej szabli w czuprynę gruchnął. Palce Józwy, trzymające kark
przeciwnika, otworzyły się od razu, a sam zachwiał się i w tył przeważył pod ciosem.
Kmicic popchnął go jeszcze, by mieć do cięcia pole, i całym rozmachem przez pysk szablą
go chlasnął. Józwa padł na wznak, jak dąb, czaszką uderzywszy o podłogę.
- Bij! - krzyknął Kmicic, w którym od razu rozbudził się dawny zabijaka.
Lecz nie potrzebował zachęcać, bo w izbie gotowało się jak w garnku. Dwaj młodzi
Kiemlicze siekli szablami, a czasem bodli łbami jak dwa byki, kładąc za każdym uderzeniem
człeka na ziemię; tuż za nimi następował stary, przykucając co chwila aż do ziemi,
przymrużając oczy i przesuwając co chwila sztych szabli pod ramionami synów.
Lecz Soroka, przywykły do bitew po karczmach i w ciasnocie, szerzył najwięcej
zniszczenia. Przypierał on tak z bliska przeciwników, że ostrzem nie mogli go dosięgnąć,
i wystrzeliwszy uprzednio w tłum pistolety, tłukł teraz po głowach ich rękojeściami,
miażdżąc nosy, wybijając zęby i oczy. Czeladź Kiemliczów i dwaj Kmicicowi żołnierze szli
w pomoc panom.
Zawierucha przewaliła się od stołu w drugi koniec izby. Laudańscy bronili się z
wściekłością, lecz od chwili, w której Kmicic obaliwszy Józwę skoczył w ukrop i zaraz
rozciągnął drugiego Butryma, zwycięstwo poczęło się przechylać na jego stronę.
Rzędzianowa czeladź wpadła również do izby z szablami i szturmakami, ale choć Rzędzian
krzyczał: ?Bij !" - nie wiedziała, co czynić, nie mogąc przeciwników rozeznać, bo
laudańscy nie nosili żadnych mundurów. Toteż w zamieszaniu obrywało się starościńskim
parobkom od jednych i od drugich.
Rzędzian trzymał się ostrożnie poza walką, pragnąc rozeznać Kmicica i wskazać go do
strzału, ale przy słabym świetle łuczywa Kmicic ustawicznie ginął mu z oczu; to zjawiał
się znów jak diabeł czerwony, to znów ginął w pomroce.
Opór ze strony laudańskiej słabł z każdą chwilą, bo odjął im serce upadek Józwy i
straszliwe imię Kmicica. Lecz walczyli z zaciekłością. Tymczasem karczmarz przesunął się
cicho wedle walczących z wiadrem wody w ręku i chlusnął na ogień. W izbie nastała
ciemność zupełna; walczący zbili się w kupę tak ciasną, że jeno pięściami mogli się
grzmocić; przez chwilę krzyki ustały, słychać było tylko zdyszane oddechy i bezładny
tupot butów. Wtem przez drzwi wywalone uskoczyli naprzód Rzędzianowi, za nimi laudańscy,
za nimi Kmicicowi.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional