lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 326

że go każą jeszcze przypiec przed śmiercią, żeby języka od niego zasięgnąć. Ale gdzie
tam! Puścili zdrajcę wolno. Nie moja głowa wchodzić w to, co tam wyczytali, ale ja bym go
nie był puścił.
- Cóż w tych listach było? - pytał dzierżawca z Wąsoszy.
- Nie wiem, co było; miarkuję tylko, że musieli być jeszcze różni oficyjerowie w rękach
księcia wojewody, których zaraz by kazał rozstrzelać, gdyby mu Kmicica rozstrzelali. A
przy tym, może się nasz pułkownik i łez panny Billewiczówny ulitował, bo podobno przez
ręce leciała, że ledwie mogli jej docucić... A wszelako... nie śmiem ja mówić, ale źle
się stało, bo co ten człowiek złego naczynił, tego by się sam Lucyper nie powstydził.
Cała Litwana niego płacze, a co wdów, co sierot, co ubóstwa na niego narzeka. Bogu tylko
wiadomo! Kto jego zgładzi, będzie miał zasługę w niebiesiech i przed ludźmi, jakoby psa
wściekłego zabił!
Tu rozmowa przeszła znowu na pana Wołodyjowskiego, na panów Skrzetuskich, na chorągwie
stojące na Podlasiu.
- O wiwendę ciężko - mówił Butrym - bo dobra księcia hetmana do szczętu już wypłukane,
ani człeku, ani koniowi na ząb w nich nie znaleźć, a co jest szlachty, to uboga, po
zaściankach, jako u nas na Źmudzi, siedząca. Postanowili tedy pułkownicy, żeby się po sto
koni rozdzielić, i co milę albo co dwie od siebie stać. Ale jak przyjdzie zima, nie wiem,
co będzie.
Kmicic, który słuchał dotąd cierpliwie, póki o nim była mowa - poruszył się teraz i już
usta otworzył, by ze swego ciemnego kąta powiedzieć:
- To was hetman tak podzielonych pojedynczo ręką wybierze jako raki z saka.
Lecz w tej chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich Soroka, którego Kmicic posłał był,
by konie do drogi gotowano. Światło z komina padało wprost na srogą twarz wachmistrza;
Józwa Butrym spojrzał na niego, popatrzył długą chwilę, po czym zwrócił się do Rzędziana
i rzekł:
- Czy to waszej wielmożności człowiek?... Ja jego skądści znam!
- Nie - odparł Rzędzian - to szlachta, która z końmi na jarmarki jedzie.
- A dokąd jedziecie? - pytał Józwa.
- Do Soboty - odparł stary Kiemlicz.
- Gdzie to jest?
- Niedaleko Piątku.
Józwa również, jak poprzednio Kmicic, poczytał za żart niewczesny tę odpowiedź i rzekł
namarszczywszy brwi:
- Odpowiadaj, kiedy pytają!
- Jakim prawem pytasz?
- Mogę ci się i z tego wywieść: bo mnie na podjazd wysłali, bym obaczył, czy podejrzanych
ludzi w okolicy nie masz. Jakoż widzi mi się, że są, którzy nie chcą powiedzieć, dokąd
jadą!
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional