lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 325

pozna, mogą stąd wypaść rozmaite dla dalszej podróży i całego przedsięwzięcia
niebezpieczeństwa... Postanowił więc nie dać się poznać i coraz głębiej zasuwał się w
cień; wreszcie oparł się łokciami o stół i wziąwszy głowę w dłonie, począł udawać, że
drzemie.
Lecz jednocześnie szepnął do siedzącego obok Soroki:
- Ruszaj do stajni, niech konie będą w pogotowiu. Jedziemy na noc!
Soroka wstał i wyszedł.
Kmicic udawał dalej, że drzemie. Rozmaite wspomnienia poczęły mu cisnąć się do głowy.
Ludzie ci przypomnieli mu Laudę, Wodokty i tę przeszłość krótką, która jak sen minęła.
Gdy przed chwilą Józwa rzekł, iż należą do chorągwi dawniej billewiczowskiej, to panu
Andrzejowi aż serce zatrzęsło się w piersi na samo miano. I przyszło mu na myśl, że taki
był właśnie wieczór, tak samo na kominie palił się ogień, gdy on jakoby ze śniegiem spadł
niespodzianie do Wodoktów i po raz pierwszy ujrzał w czeladnej Oleńkę między prządkami.
Widział teraz przez zamknięte powieki, tak jakby na jawie, tę pannę jasną, spokojną -
wspominał wszystko, co zaszło, jako ona chciała mu być aniołem stróżem, w dobrem go
umocnić, od złego zasłonić, prostą, zacną drogę pokazać. Gdyby jej był słuchał, gdyby jej
był słuchał!... Toż ona wiedziała, co czynić, po jakiej stronie stanąć; wiedziała, gdzie
cnota, uczciwość, obowiązek - i po prostu wzięłaby go za rękę i poprowadziła, gdyby był
chciał jej słuchać.
Tu miłość podniecona rozpamiętywaniem tak wezbrała w sercu pana Andrzeja, że gotów byłby
wszystką krew wytoczyć, byle do nóg tej pannie paść, a w tej chwili gotów byłby porwać w
ramiona nawet tego niedźwiedzia laudańskiego, który mu kompanionów wygubił, dlatego
tylko, że był z tamtych stron, że Billewiczów wspominał, że Oleńkę widywał.
Z zadumy zbudziło go dopiero jego własne nazwisko powtórzone kilkakrotnie przez Józwę
Butryma. Dzierżawca z Wąsoszy wypytywał o znajomych, a Józwa opowiadał mu, co zaszło w
Kiejdanach od czasu pamiętnej ugody hetmana ze Szwedami - mówił więc o opozycji wojska, o
uwięzieniu pułkowników, o zesłaniu ich do Birż i szczęśliwym ocaleniu. Nazwisko Kmicica
powtarzało się oczywiście w tych opowiadaniach, pokryte całą zgrozą zdrady i
okrucieństwa. O tym, że pan Wołodyjowski, Skrzetuscy i Zagłoba winni byli życie
Kmicicowi, nie wiedział Józwa, natomiast tak opowiadał to, co zaszło w Billewiczach:
- Schwycił nasz pułkownik tego zdrajcę w Billewiczach, jak lisa w jamie, i zaraz go
kazali na śmierć prowadzić; prowadziłem go sam z wielką uciechą, że go ręka boska
dosięgła, i coraz tom mu latarką w oczy zaświecił, żeby obaczyć, czy też skruchy nie
okaże. Ale nie! Szedł śmiele, nie bacząc, że przed sądem bożym stanie. Taka już natura
zatwardziała. A gdym mu doradził, żeby się choć przeżegnał, to mi odrzekł: ?Stul gębę,
pachołku, nie twoja sprawa!" Postawiliśmy go tedy za wsią, pod gruszą, i już począłem
komendę, kiedy pan Zagłoba, który szedł z nami, kazał go obszukać, czyli jakich papierów
przy nim nie ma. Jakoż znalazł się list. Powiada pan Zagłoba: ?Poświeć!" - i zaraz do
czytania. Ledwie zaczął czytać, kiedy to się nie porwie za głowę: ?Jezus Maria! dawaj go
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional