lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 32

nich i wstrzymywać, gdy wtem o kilkadziesiąt kroków za saniami dojrzał jeźdźca
zbliżającego się co koń wyskoczy.
- Na Boga ! to mój wachmistrz Soroka; coś się musiało tam stać! - rzekł pan Andrzej.
Tymczasem wachmistrz zbliżywszy się osadził konia tak, że ten aż przysiadł na zadzie, i
począł mówić zdyszanym głosem:
- Panie rotmistrzu!...
Co tam, Soroka?
- Upita się pali; biją się!
- Jezus Maria! -zakrzyknęła Oleńka.
- Nie bój się waćpanna... Kto się bije?
- Źołnierze z mieszczanami. W rynku pożar! Mieszczanie się zasiekli i po prezydium do
Poniewieża posłali, a jam tu skoczył do waszej miłości. Ledwie tchu mogę złapać...
Przez czas tej rozmowy sanie idące z tyłu nadjechały; Kokosiński, Ranicki,
Kulwiec-Hippocentaurus, Uhlik, Rekuć i Zend wyskoczywszy na śnieg otoczyli kołem
rozmawiających.
- 0 co poszło? -pytał Kmicic.
- Mieszczanie nie chcieli obroków dawać ani koniom, ani ludziom, że to asygnacji nie
było; żołnierze poczęli gwałtem brać. Oblegliśmy burmistrza i tych, ktbrzy się w rynku
zatarasowali. Poczęto ognia dawać i zapaliliśmy dwa domy; teraz gwałt okrutny i we dzwony
biją...
Oczy Kmicica poczęły świecić gniewem.
- To i nam trzeba na ratunek! - zakrzyknął Kokosiński.
- Wojsko łyczkowie oprymują! - wołał Ranicki, któremu plamy czerwone, białe i ciemne całą
twarz zaraz pokryły. - Szach, szach ! mości panowie! Zend zaśmiał się zupełnie tak, jak
śmieje się puszczyk, aż się konie zestraszyły, a Rekuć podniósł oczy w górę i piszczał:
- Bij! kto w Boga wierzy! z dymem łyków!
- Milczeć! -huknął Kmicic, aż las odegrzmiał, a stojący najbliżej Zend zatoczył się jak
pijany. - Nic tam po was! nie potrzeba tam siekaniny!... Siadać wszyscy w dwoje sani,
mnie jedne zostawić i jechać do Lubicza ! Tam czekać, chybabym przysłał po sukurs.
- Jak to? -zaoponował Ranicki.
Ale pan Andrzej położył mu rękę pod szyję i tylko oczyma straszniej jeszcze, zaświecił.
- Ni pary z gęby! -rzekł groźnie.
Umilkli; widać się go bali, chociaż tak zwykle byli z nim poufale.
- Wracaj, Oleńko, do Wodoktów - rzekł Kmicic - albo jedź po ciotkę Kulwiecównę do
Mitrunów. Ot! i kulig się nie udał. Wiedziałem, że oni tam spokojnie nie usiedzą... Ale
zaraz tam będzie spokojniej, jeno łbów kilka zleci. Bądź waćpanna zdrowa i spokojna,
pilno mi będzie z powrotem...
To rzekłszy ucałował jej ręce i otulił w wilczurę; potem siadł do innych sani i
zakrzyknął na woźnicę:
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional