lektory on-line

Krzyżacy - Strona 296

początku spozierała na niego w milczeniu, poczęła się odzywać. Ten i ów powtórzył jego
imię, tu i ówdzie ozwały się śmiechy, ochrypłe głosy pokrzykiwały jak na wilka coraz
głośniej, coraz zuchwałej, a gdy widocznie nikt nie przeszkadzał ze środka, poczęto
wreszcie miotać na stojącego rycerza śniegiem.
Ów, jakby mimo woli, ruszył przed siebie koniem, wówczas na jedną chwilę bryły śniegu
przestały lecieć, głosy ucichły, a nawet i niektóre głowy poznikały za murami. Groźne
musiało być istotnie Jurandowe imię. Wnet jednak najtchórzliwsi opamiętali się, że dzieli
ich od straszego Mazura rów i mur, więc znów grube żołdactwo poczęło miotać nie tylko
bryłkami śniegu, ale lodu i nawet gruzu i kamyków, które z brzękiem odbijały się od zbroi
i kropierza pokrywającego konia.
- Ofiarowałem się za dziecko - powtarzał sobie Jurand.
I czekał. Przyszło południe, mury opustoszały, gdyż knechtów odwołano na obiad. Nieliczni
ci, którym przypadło stróżować, jedli jednak na murach, a po spożyciu strawy zabawiali
się znowu ciskaniem na głodnego rycerza ogryzionych gnatów. Poczęli też przekomarzać się
z sobą i zapytywać się wzajem, który podejmie się zejść i dać mu po karku pięścią albo
drągiem oszczepu. Inni, wróciwszy z obiadu, wołali na niego, że jeśli zmierziło mu się
czekać, to się może powiesić, gdyż na szubienicy jest jeden wolny hak z gotowym powrozem.
I wśród takich szyderstw, wśród nawoływań, wybuchów śmiechu i przekleństw zbiegały
popołudniowe godziny. Krótki zimowy dzień chylił się stopniowo ku wieczorowi, a most
wisiał wciąż w powietrzu i brama pozostawała zamknięta.
Lecz pod wieczór wstał wiatr, rozwiał mgły, oczyścił niebo i odsłonił zorze. Śniegi
uczyniły się modre, a później fioletowe. Nie było mrozu, ale noc zapowiadała się pogodna.
Z murów zeszli znów ludzie, prócz straży, kruki i wrony odleciały od szubienicy ku lasom.
Wreszcie poczerniało niebo i cisza nastała zupełna.
"Nie otworzą przed nocą bramy" - pomyślał Jurand.
I na chwilę przeszło mu przez głowę, by nawrócić ku miastu, ale zaraz porzucił tę myśl.
"Chcą tego, bym tu stał - mówił sobie w duszy. - Jeśli nawrócę, jużci nie puszczą mnie do
dom, jeno otoczą, pojmają, a potem rzekną, że mi nic nie powinni, bo mnie siłą wzięli, a
choćbym zaś po nich przejechał, to i tak muszę wrócić..."
Niezmierna, podziwiana przez obcych kronikarzy wytrzymałość polskich rycerzy na chłód,
głód i trudy nieraz pozwalała im dokonywać czynów, na które nie mogli się zdobyć bardziej
znie-wieściali ludzie z Zachodu. Jurand zaś posiadał tę wytrzymałość w większej jeszcze
od innych mierze, więc choć głód począł mu już od dawna skręcać wnętrzności, a zamróz
wieczorny przeniknął przez pokryty blachami kożuch, postanowił czekać, choćby miał skonać
pod tą bramą.
Nagle jednak, nim jeszcze zapanowała zupełna noc, usłyszał za sobą chrzęst kroków na
śniegu.
Obejrzał się: szło ku niemu od strony miasta sześciu zbrojnych we włócznie i halabardy, w
środku zaś między nimi szedł siódmy, podpierając się mieczem.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional