lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 288

— Pietrze, a chodźcie ino, cosik wama rzeknę! — zawołał do niego Kłąb.
— Hale, nie ma tu żadnego Pietra, a jeno urzędnik! — odburknął wyniośle.
Wzięli na ozory to powiedzenie, jaże się kałduny zatrzęsły z uciechy, gdy naraz wójt zakrzyczał uroczyście:
— Rozstąpta się, ludzie! Naczelnik!
Jakoż powóz ukazał się na drodze i podskakując na wybojach zakręcił przed kancelarią.
Naczelnik podniósł rękę do czoła, chłopi pozdejmowali kapelusze, zaległo milczenie, wójt z pisarzem przypadli wysadzać go z powozu, a strażnicy stanęli przy drzwiach wyprostowani kieby kije.
Naczelnik dał się wysadzić i rozebrać z białego obleczenia i odwróciwszy się powlókł oczami po gromadzie, przygładził żółtawą bródkę, nasrożył się, kiwnął głową i wszedł do mieszkania, kaj go zapraszał pisarz w pałąk przygięty.
Powóz odjechał, chłopi znowu się zwarli dokoła stołu rozumiejąc, iż zaraz rozpocznie się zebranie, ale przeszło dobre Zdrowaś, przeszedł może i cały pacierz, a naczelnik się nie pokazywał, jeno z pisarzowych pokojów roznosiły się brzęki szkła, śmiechy i jakieś smaki wiercące w nozdrzach.
A że mierziło się już czekanie i słońce przypiekało coraz barzej, to jaki taki jął się chyłkiem przebierać ku karczmie, aż wójt zakrzyczał:
— Nie rozłazić się! A którego zbraknie, ten się zapisze do sztrafu…
Juści, co się jeszczek wstrzymali klnąc jeno coraz siarczyściej a niecierpliwie spozierając na pisarzowe okna, bo ktoś je przymknął ze środka i zasłonił.
— Wstydzą się chlać na oczach!
— Lepiej, bo każden jeno grdyką robi, a po próżnicy ślinkę łyka! — pogadywali.
Z aresztu, stojącego w rząd z kancelarią, wyrwał się żałosny i długi bek, a po chwili wylazł stójka ciągnąc na postronku sporego ciołka, któren się opierał ze wszystkiej mocy, ale naraz grzmotnął go łbem, jaże chłop rymnął na ziemię, zadarł ogona i pognał, ino się za nim zakurzyło.
— Łapaj złodzieja! Łapaj!
— A posyp mu soli na ogon, to się wróci!
— Jaki to zuchwały, uciekł z kozy i jeszczek ogon zadarł na pana wójta!
Dogadywali przekpiwając się ze stójki, któren ganiał za ciołkiem i dopiero przy pomocy sołtysów napędził go w podwórze. A jeszcze nie odzipnęli, kiej wójt przykazał wziąć się do wymiatania aresztu i sam doglądał, pilił i niemało pomagał bojając się, bych się czasem nie zachciało tam zajrzeć naczelnikowi.
— Wójcie, a trza wykadzić, bych nie zwąchał, co to był za aresztant.
— Nie bójcie się, po gorzałce do cna straci wiater.
Rzucał kto niekto jakie słowo kolące, jaże wójt błyskał ślepiami a zęby zacinał, ale w końcu zbrzydły im nawet przekpinki, a tak dokuczyło czekanie na słońcu i głód, że całą hurmą ruszyli pod drzewa, nie bacząc na wójtowe zakazy, któremu jeno Grzela powiedział:
— Hale, naród to pewnie pies, nie przyjdzie ci do nogi, choćbyś krzyczał do wieczora! — i rad, iż zeszli ze strażnikowych oczów, jął znowu kręcić się wśród ludzi przypominając każdemu z osobna, jak ma głosować.
— Jeno się nie bójta! — dodawał — prawo za nami! Co uchwalimy, będzie, a czego nie chce gromada, nikto ją do tego nie przymusi.
Ale nie zdążyli się jeszcze ludzie porozkładać w cieniach ni przegryźć co niebądź, gdy sołtysi jęli nawoływać, a wójt przyleciał z krzykiem:
— Naczelnik wychodzi! Chodźta prędzej! zaczynamy!
— Nawąchał się dobrego jadła, to go ponosi! Nama niepilno! Niech poczeka!
Mamrotali gniewnie, zbierając się ociężale przed kancelarią.
Sołtysi stanęli na czele swoich wsi, zaś wójt zasiadł za stołem, mając pobok pisarzowego pomocnika, któren przedłubując w nosie gwizdał na gołębie, co zestrachane gwarem porwały się z dachu krążąc roztrzepotaną białą chmurą.
— Mołczat'! — zakrzyknął naraz jeden ze strażników prężących się u proga.
Wszystkie oczy zwróciły się na drzwi, ale wyszedł z nich jeno pisarz z papierem w ręku i wcisnął się za stół.
Wójt zatrząsł dzwonkiem i rzekł uroczyście:
— Zaczynamy, ludzie kochane! Cicho tam, Modliczaki! Pan sekretarz przeczyta niby o tej szkole! A słuchajta pilnie, bych każden wyrozumiał, o co idzie!
Pisarz założył okulary i zaczął czytać z wolna i wyraźnie.
Czytał już może z pacierz wśród zupełnej cichości, gdy ktosik wrzasnął:
— Kiej nie rozumiemy!
— Czytać po naszemu! Nie rozumiemy! — zerwały się mnogie głosy.
Strażnicy jęli się pilnie rozglądać w gromadzie.
Pisarz się skrzywił, ale już czytał przekładając na polskie.
Zrobiło się cicho, słuchali w skupieniu, rozważając każde słowo i patrząc się w niego kieby w obraz.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional