lektory on-line

Krzyżacy - Strona 284

- Pielgrzymi.
- Skąd?
- Ze Szczytna.
- Oni! - szepnął znów Jurand.
Tymczasem sanki porównały się ze sobą, a jednocześnie na przodzie przed nimi ukazało się
sześciu konnych. Była to spychowska straż, która dniem i nocą czuwała nad groblą wiodącą
do gródka. Przy koniach biegły psy straszne i ogromne, całkiem do wilków podobne.
Strażnicy, poznawszy Juranda, poczęli wykrzykiwać na jego cześć, lecz w okrzykach tych
brzmiało i zdziwienie, że dziedzic wraca tak wcześnie i niespodzianie, lecz on całkiem
zajęty był wysłańcami, więc znów zwrócił się ku nim:
- Dokąd jedziecie? - zapytał.
- Do Spychowa.
- Czego tam chcecie?
- To możemy jeno samemu panu powiedzieć. Jurand miał już na ustach: "Jam jest pan ze
Spychowa" - ale się powstrzymał, rozumiejąc, że rozmowa nie może się odbywać przy
ludziach. Natomiast spytawszy jeszcze, czy mają jakowe listy, i otrzymawszy odpowiedź, że
polecono im ustnie się rozmówić, kazał jechać nieledwie co koń wyskoczy. Zbyszkowi było
również tak pilno do wiadomości o Danusi, że nie umiał na nic innego zwrócić uwagi.
Niecierpliwił się tylko, gdy jeszcze dwukrotnie straże zastępowały im drogę na grobli;
niecierpliwił się, gdy spuszczano most na fosie, za którą sterczał na wałach olbrzymi
ostrokół, a chociaż poprzednio nieraz brała go ciekawość obaczyć, jak wygląda ten
złowrogiej sławy gródek, na którego wspomnienie Niemcy żegnali się znakiem krzyża - teraz
nie widział nic prócz krzyżackich wysłańców, od których mógł usłyszeć, gdzie jest Danusia
i kiedy będzie wrócona jej wolność. Nie przewidział zaś, że za chwilę czeka go ciężki
zawód.
Prócz konnych, dodanych dla obrony, i woźnicy, poselstwo ze Szczytna składało się z dwóch
osób: jedną z nich była ta sama niewiasta, która swego czasu przywoziła balsam gojący do
leśnego dworca, drugą młody pątnik. Niewiasty Zbyszko nie poznał, albowiem jej w leśnym
dworcu nie widział, pątnik zaś od razu wydał mu się jakimś przebranym giermkiem. Jurand
wnet wprowadził oboje do narożnej izby - i stanął przed nimi ogromny i prawie straszny w
blasku płomienia, który padał na niego od płonącego w kominie ognia.
- Gdzie dziecko? - zapytał.
Oni jednakże zlękli się, stanąwszy oko w oko z groźnym mężem. Pątnik, choć twarz miał
zuchwałą, trząsł się po prostu jak liść, a i pod niewiastą drżały nogi. Wzrok jej
przeszedł z oblicza Juranda na Zbyszka, następnie na błyszczącą, łysą głowę księdza
Kaleba i znów wrócił do Juranda, jakby z zapytaniem, co tamci dwaj tu robią.
- Panie - odrzekła wreszcie - nie wiemy, o co pytacie, ale przysłano nas ku wam w
sprawach ważnych. Wszelako ten, który nas wysłał, rozkazał nam wyraźnie, aby rozmowa z
wami odbyła się bez świadków.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional