lektory on-line

Syzyfowe prace - Stefan Żeromski - Strona 29

— Panie łaskawy — rzekła matka Marcinka — nie mógłbyś się pan czasem dowiedzieć od swego
brata, ile on też zapłacił panu Majewskiemu?
— Dlaczego nie? Ja mogę się dowiedzieć, ale odpowiem chyba aż jutro, bo mój brat mieszka bardzo
daleko, na drugim końcu miasta, za przedmieściem Podpórką, a ja nie mam tam żaden interes…
— Ja bym panu zwróciła koszta na dorożkę — rzekła pani Borowiczowa, wydobywając z woreczka
papierek rublowy i podając go kupcowi — gdybyś pan zechciał zaraz pojechać i dowiedzieć się
szczegółowo.
— Owszem, ja to mogę zrobić dla pani — rzekł starozakonny, od niechcenia chowając papierek do
portmonetki. — Ja się dowiem i niedługo wrócę. Adiu!
Zanim pani Borowiczowa zdołała ochłonąć z ogniów, które na nią uderzyły, gdy słyszała o możności
takiego polepszenia sprawy egzaminów, nim zdążyła skupić myśli i zważyć okoliczności, Izraelita już
pukał do drzwi. Misję wywiedzenia się całego sekretu od brata mieszkającego na drugim krańcu
miasta Klerykowa załatwił tak szybko, jakby w tym Klerykowie funkcjonowały jakieś piorunujące
środki komunikacji, nigdzie dotychczas na lądzie stałym niewprowadzone.
— Mój brat powiada — rzekł jeszcze we drzwiach — że on na tę całą sztukę wydał po trzy ruble za
godzinę, to znaczy dwadzieścia jeden. Żeby to było grzecznie w jednym papierku, to on dał
dwadzieścia pięć rubli.
— A nie wiesz pan przypadkiem, gdzie mieszka pan Majewski?
— On mieszka na Moskiewskiej ulicy, w domu Baranka, z bramy po lewej ręce.
— Dziękuję panu bardzo — rzekła pani Borowiczowa — za pańską grzeczność. Kto wie, może i ja
poproszę pana Majewskiego o lekcje dla mego syna.
Starozakonny usiłował znowu rozpocząć gawędkę o zbożu i jego cenach, ale pani Borowiczowa nie
chciała już z nim więcej konwersować. Wychodził z numeru ociągając się i jeszcze w głębi dziedzińca
medytował nad czymś głęboko.
O godzinie pierwszej dziedziczka Gawronek wyszła z synem na obiad do restauracji. Furmana z
końmi i bryczką wyprawiła zaraz do domu. Opisała cały stan rzeczy mężowi prosząc go usilnie o
pożyczenie od miejscowych bankierów dwudziestu pięciu rubli. W restauracji matka i syn nic prawie
nie tknęli. Kelner, pół na pół zjedzony przez gruźlicę, biegał daremnie z ogromną elegancją w swym
fraku, tak olśniewająco błyszczącym, jakby był uszyty z wysuszonej pozłoty rosołu — przynosił
różne wazki, półmiski, talerze z ciekłymi, prażonymi i duszonymi potwornościami — i odnosił je do
kuchni prawie w takich samych ilościach i rozmiarach. Wszystko, co robiła i o czym myślała pani
Borowiczowa, to były w warunkach życia familii szlacheckiej tego rodzaju — po prostu zamachy
stanu. Już samo oddawanie syna do gimnazjum, konieczność płacenia stancji, wpisów, nabywania
książek, odzieży mundurowej itd. stanowiły wysiłek niezmierny. Teraz, kiedy przyszło jeszcze płacić
po trzy ruble za godzinę lekcji, była to już gra. Pani Borowiczowa rozważała to wszystko, przebiegała
w myśli wszelkie szanse i zdecydowała się nieodwołalnie: choćby przyszło łachmany wiązać, chłopca
uczyć trzeba. Liczyła zresztą na indyki, prosięta, kaczki itp., i obiecywała sobie, że pokryje
niespodziewane wydatki. W czasie obiadu znajdowała się w tym stanie szczególnego podniesienia
umysłu, kiedy się różne sprawy i zjawiska życia tak trafnie ocenia, że się prawie ich bieg przyszły na
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, Alfabud, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie.

Valid XHTML 1.0 Transitional