lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 264

— Głupi byłem i tyla! Na świecie musi iść swoim porządkiem! Juści, mądrze powiedzieli ociec: jak wszystkie jadą w jedną stronę, źle takiemu, któren z woza spadnie, pod koła zleci! Koni na piechotę się nie zgoni! Że to kużden człowiek musi wszyćko dochodzić swoim rozumem! Drogo niejednemu wychodzi! — myślał smutnie i cierpki prześmiech okolił mu wargi.
Z boru zaczęły klekotać kołatki a porykiwania ciągnących stad.
Podniósł Pietrusia i ruszył bokiem topolowej przepuszczając stada, idące z leśnych pastwisk.
Kurz się wznosił spod kopyt i bił ponad topole kiej chmura, w zaczerwienionych od zachodu tumanach chwiały się rogate, ciężkie łby i raz po raz skłębiały się owce, obganiane przez pieski, gdyż cięgiem się rwały w przydrożne zboża, pokwikiwały świnie prażone batami, cielaki z bekiem szukały pogubionych matek; paru pastuchów jechało na koniach, a reszta szła ze stadami trzaskając z batów; gwarząc a pokrzykując, któryś zawodził, jaże się rozlegało.
Antek ostawał już za wszystkimi, kiej go dojrzał Witek i przyleciał całować w rękę na powitanie.
— Niezgorzej, widzę, podrosłeś! — ozwał się łaskawie do chłopca.
— Prawda, bo już te portki, com dostał jesienią, są mi po kolana.
— Nie bój się, da ci nowe gospodyni, da! Mają to krowy co jeść?
— Bogać ta mają, do cna już trawę wypaliło, żeby im gospodyni nie podtykała w oborze, to by całkiem zgubiły mleko. Dajcie mi Pietrusia przewieźć go ździebko na koniu — prosił.
— Hale, jeszcze się nie utrzyma i zleci!
— A mało go to już woziłem na źróbce! Przeciek trzymał go będę, chłopak jaże piszczy do konia. — Zabrał go i usadził na jakiejś starej szkapie, wlekącej się ze łbem opuszczonym, Pietruś chycił się rączynami grzywy, zabił gołymi piętami końskie boki a krzykał radośnie.
— Jaki to chwat! parobek mój kochany! — szepnął Antek, skręcił zaraz w pole i miedzami dobierał się drogi biegnącej za stodołami.
Słońce tylko co zaszło i całe niebo stanęło we złocie i bledziuśkich zieleniach, wiater ustał, zboża zwiesiły ociężałe kłosy, a po rosach leciały wsiowe wrzawy i jakieś dalekie przyśpiewki.
Szedł z wolna, jakby ociężony spominkami, gdyż Jagusia przychodziła mu na pamięć, raz po raz widział przed sobą jej modre oczy i lśniące zęby, i te czerwone nabrane wargi, tchnące tak jakoś z bliska, jaże się wzdrygał i przystawał. Jak żywa mu stawała, przecierał oczy odganiając ją z pamięci, ale kieby na przekór szła pobok, biedro w biedro jak niegdyś i jak niegdyś zdało się od niej buchać lubym żarem, aże krew uderzała mu do głowy.
— A może i dobrze, co ją wypędziła z chałupy! Kiej ta zadra mi uwięzła, kiej ta boląca zadra. Ale co było, to i nie wróci — westchnął z dziwnie ściśniętym sercem. — Nie sposób. — I prostując się rzucił ostro sam sobie:
— Skończyło się psie wesele! — wszedł już w obejście.
W podwórzu gwarno było i ludnie, krzątali się kole wieczornych obrządków, Józka krowy doiła pod oborą wydzierając się piskliwą nutą, zaś Hanka kluski zagniatała na ganku.
Antek przerzekł cosik do Pietrka, pojącego konie, i wszedł oglądać ojcową stronę, przyleciała za nim Hanka.
— Trza będzie wyporządzić i przeniesiemy się tutaj. Jest to wapno?
— Kupiłam jeszcze w jarmarek, zaraz jutro zawołam Stacha, to wybieli. Juści, co na tej stronie będzie nam sposobniej.
Medytował cosik obchodząc wszystkie kąty.
— Byłeś w polu? — spytała nieśmiało.
— Byłem, wszyćko dobrze, Hanuś, że i sam bym lepiej nie zarządził.
Pokraśniała strasznie, rada pochwale.
— Jeno Pietrkowi świnie pasać, a nie robić w groncie! Paparuch!
— Abo to nie wiem! Jużem się nawet przewiadywała o nowego parobka.
— Wezmę ja go w garście, a nie posłucha, to wygonię na cztery wiatry!
Chciała jeszcze coś pedzieć, ale dzieci zakrzyczały i poleciała do nich, zaś Antek ruszył w podwórze przepatrując wszystko bacznie, a tak surowo, że choć tylko niekiedy rzucił jakie słowo, a Pietrkowi jaże skóra cierpła i Witek bojąc mu się nawijać na oczy przemykał się jeno z dala, stronami.
Józka doiła już trzecią krowę śpiewając coraz rozgłośniej:
Stój, siwulo, stój!
Skopkę mleka dój!
— A to się drzesz, jakby cię kto ze skóry obłupiał! — krzyknął na nią.
Urwała z nagła, ale że była harda i nieustępliwa, to zaśpiewała dalej, jeno co już ciszej i jakby lękliwiej:
Kazała cię matka prosić,
Żebyś mleka dała dosyć,
Stój, siwulo, stój!
— Zawarłabyś ano gębę, gospodarz w chałupie! — skarciła ją Hanka dźwigając picie la ostatniej krowy — zaraz tu będzie posłuch — dodała.
Odebrał jej cebratkę i stawiając ją krowie powiedział ze śmiechem:
— Drzyj się, Józia, drzyj, a to szczury prędzej uciekną z chałupy…
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional