lektory on-line

Krzyżacy - Strona 260

Po obfitych śniegach nastały ciężkie mrozy i dni pogodne, suche. Dniem bory iskrzyły się
w promieniach słońca, lód popętał rzeki i ustalił bagna. Przyszły jasne noce, wśród
których mróz wzmagał się do tego stopnia, że drzewa pękały z hukiem w lesie; ptactwo
zbliżało się do domostw; drogi stały się niebezpieczne z powodu wilków, które jęły się
zbierać w stada i napadać nie tylko na pojedynczych ludzi, lecz i na wsie. Lud jednak
radował się w dymnych chatach przy ogniskach, przepowiadając po mroźnej zimie rok
urodzajny, i wesoło czekał świąt, które miały niebawem nadejść. Leśny dworzec książęcy
opustoszał. Księżna wraz z dworem i księdzem Wyszońkiem wyjechała do Ciechanowa. Zbyszko,
znacznie już zdrowszy, ale nie dość jeszcze mocny, by na koń siąść, został w dworcu razem
ze swymi ludźmi, z Sanderusem, z giermkiem Czechem i z miejscową służbą, nad którą miała
dozór stateczna szlachcianka pełniąca obowiązki gospodyni.
Lecz dusza w rycerzu rwała się do młodej żony. Była mu wprawdzie niezmierną osłodą myśl,
że Danusia już jest jego i żadna moc ludzka nie zdoła mu jej odjąć, ale z drugiej strony
taż sama myśl potęgowała jego tęsknotę. Po całych dniach wzdychał do tej chwili, w której
będzie mógł dworzec opuścić, i rozważał, co wówczas ma uczynić, gdzie jechać i jak
Juranda przejednać. Miewał też chwile ciężkiego niepokoju, ale w ogóle przyszłość
przedstawiała mu się radośnie. Kochać Danuśkę i łuskać hełmy z pawimi piórami - oto miało
być jego życie. Częstokroć brała go ochota porozmawiać o tym z Czechem, którego polubił,
ale zauważył, że Czech, oddany duszą całą Jagience, nierad rozmawiał o Danusi, on zaś
związany tajemnicą nie mógł mu powiedzieć wszystkiego, co się stało.
Zdrowie jego polepszało się jednak z każdym dniem. Na tydzień przed Wigilią dosiadł po
raz pierwszy konia i choć czuł, że nie mógłby jeszcze tego uczynić w zbroi, jednakże
nabrał otuchy. Nie spodziewał się zresztą, by miała go zaskoczyć potrzeba prędkiego
przywdziania pancerza i hełmu, a w najgorszym razie tuszył, iż wkrótce będzie miał i na
to dość sił. W izbie próbował dla zabicia czasu podnosić miecz i szło mu nieźle; topór
okazał się tylko dla niego za ciężki, mniemał wszelako, że chwyciwszy toporzysko w obie
dłonie, zdołałby już skutecznie machnąć.
Na koniec, na dwa dni przed Wigilią, kazał wymościć wozy, pokulbaczyć konie i oznajmił
Czechowi, że pojadą do Ciechanowa. Wiemy giermek zatroskał się nieco, zwłaszcza że na
dworze był mróz trzaskający, ale Zbyszko rzekł mu:
- Nie twoja głowa, Głowaczu (tak go bowiem z polska nazywał). Nic tu po nas w tym dworcu,
a choćbym miał zachorzeć, toć starunku w Ciechanowie nie zabraknie. Wreszcie pojadę nie
konno, ale w saniach, po szyję w sianie i pod skórami, a dopiero pod samym Ciechanowem na
koń się przesiądę.
I tak się stało. Czech już przeznał swego młodego pana i wiedział, że niedobrze mu się
przeciwiać, a jeszcze gorzej nie spełnić w lot rozkazu; więc w godzinę później ruszono. W
chwili odjazdu Zbyszko, widząc Sanderusa ładującego się na sanie wraz ze swoją skrzynią,
rzekł mu:
- A ty czegoś się do mnie przyczepił jak rzep do owczej wełny?... Mówiłeś, że chcesz do
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional