lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 25

Wtem północ poczęła bić z wolna na wielkim gdańskim zegarze w jadalnej izbie stojącym.
- Dla Boga! czas! czas! - zawołał Kmicic. - Nic tu już nie wskóram! Miłujesz że mnie choć
na obwinięcie palca?
- Kiedy indziej odpowiem. Przecie będziesz mnie waćpan odwiedzał?
- Co dzień! chybaby się ziemia pode mną rozpadła. Niech mnie usieką !...
To rzekłszy Kmicic wstał i wyszli oboje do sieni. Sanki czekały już przed gankiem, więc
ubrał się w szubę i żegnać ją począł prosząc, by do komnat wróciła, bo z ganku zimno leci.
- Dobranoc, królowo miła - mówił - śpij smaczno, bo ja to chyba oka nie zmrużę o twojej
gładkości rozmyślając!
- Byleś waćpan czego szpetnego nie upatrzył. Ale lepiej dam waćpanu człowieka z
kagankiem, bo to i wilków pod Wołmontowiczami nie brak.
- A cóż to ja koza, żebym się wilków miał bać? Wilk żołnierzowi przyjaciel, bo często się
z jego ręki pożywi. Wzięło się też i bandolecik do sanek. Dobranoc, najmilsza,.dobranoc!
- Z Bogiem !
To rzekłszy Oleńka cofnęła się, a pan Kmicic ruszył ku gankowi. Ale po drodze, w szparze
uchylonych drzwi do czeladnej, dojrzał kilka par oczu dziewcząt, które spać się nie
pokładły, aby go ujrzeć raz jeszcze. Tym posłał pan Jędrzej żołnierskim obyczajem całusa
od ust ręką i wyszedł. Po chwili zabrzęczał dzwonek i jął brzęczeć zrazu głośno, potem
coraz bardziej mdlejącym dźwiękiem, coraz słabiej, wreszcie ustał.
Cicho się zrobiło w Wodoktach, aż ta cisza zdziwiła pannę Aleksandrę; w uszach jej
jeszcze brzmiały słowa pana Andrzeja, słyszała jeszcze jego śmiech szczery, wesoły, w
oczach stała bujna postać młodzieńca, a teraz, po tej burzy słów, śmiechu i wesołości,
takie dziwne nastało milczenie. Panienka nadstawiła uszu, czy nie dosłyszy jeszcze choć
tego dzwonka od sanek. Ale nie! Już ontam dzwonił gdzieś w lasach, pod Wołmontowiczami.
Więc mocna tęsknota ogarnęła dziewczynę -i nigdy nie czuła się tak samotną na świecie.
Z wolna wziąwszy świecę, przeszła do izby sypialnej i klękła do pacierzy.
Zaczynała je z pięć razy; nim wszystkie z należytą powagą odmówiła. Ale potem jej myśli
jakby na skrzydłach pognały do tych sanek i do tej postaci w nich siedzącej... Bór z
jednej strony, bór z drugiej, w środku szeroka droga, a on sobie jedzie... pan Andrzej !
Tu Oleńce wydało się, że widzi jak na jawie płową czuprynę, siwe oczy i śmiejące się
usta, w których błyszczały białe jak u młodego psiaka zęby. Trudno bowiem miała przed
sobą zapierać poważna panna, że jej się okrutnie podobał ów rozhukany kawaler.
Zaniepokoił ją trochę, trochę przestraszył, ale jakże pociągnął zarazem właśnie tą
fantazją, tą wesołą swobodą i szczerością. Aż się wstydziła, że jej się podobał nawet ze
swojej pychy, kiedy to na wzmiankę o opiekunach głowę jakby turecki dzianet podniósł i
mówił: ?Sami nawet Radziwiłłowie birżańscy nic tu do opieki nie mają..." -To nie
niewieściuch, to mąż prawdziwy!
- mówiła sobie panna. - Źołnierz jest, jakich dziaduś najwięcej miłował...
Bo i wa rto !
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional