lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 211

kapelusze, ale niezbyt wielu. Niektórzy ucierali siz gromadami chłopów zbrojnych w cepy i
widły, strzelając do nich z pistoletów i wypierając za chałupy, na ogrody; inni wypędzali
na drogę rapierami woły, .krowy i owce. Inni, których zaledwie można było rozeznać wśród
całych kłębów pierza, poobwieszali się ptactwem domowym, trzepocącym jeszcze skrzydłami w
przedśmiertnych podrygach. Kilkunastu trzymało konie, każdy po dwa lub trzy, należące do
towarzyszów zajętych widocznie rabunkiem chałup.
Droga do wsi schodziła nieco z góry, wśród brzezinowego lasku, tak że laudańscy sami nie
będąc widziani, widzieli jakoby obraz przedstawiający najście wsi przez nieprzyjaciela,
oświecony pożarem, w którego blaskach dokładnie można było odróżnić obcych żołnierzy,
wieśniaków, niewiasty ciągnione przez rajtarów i broniących się bezładnymi kupami mężów.
Wszystko to poruszało się gwałtownie, na kształt lalek w jasełkach, krzycząc, klnąc,
lamentując.
Pożar nad wioską trząsł całą grzywą płomienia i huczał coraz straszliwiej.
Pan Wołodyjowski, zbliżywszy się z chorągwią do rozwartego na oścież kołowrotu, kazał
zwolnić kroku. Mógł on uderzyć i jednym zamachem zgnieść nie spodziewających się niczego
napastników; ale mały rycerz postanowił sobie ?pokosztować Szwedów" w bitwie otwartej,
zupełnej, więc naumyślnie czynił tak, aby go spostrzeżono.
Jakoż kilku rajtarów, stojących wedle kołowrotu, spostrzegło naprzód zbliżającą się
chorągiew. Jeden z nich skoczył do oficera, który stał z gołym rapierem wśród większej
kupy jeźdźców na środku drogi, i począł mówić, coś do niego ukazując ręką w tę stronę, z
której spuszczał się ze swymi ludźmi pan Wołodyjowski. Oficer przysłonił oczy ręką i
patrzył przez chwilę, następnie skinął i wnet donośny odgłos trąbki zabrzmiał wśród
rozmaitych krzyków ludzkich i zwierzęcych.
A tu rycerze nasi mogli podziwiać sprawność szwedzkiego żołnierza; zaledwie bowiem
rozległy się pierwsze tony, gdy jedni z rajtarów poczęli wypadać co duchu z chałup,
drudzy porzucali zrabowane rzeczy, woły, owce i biegli do koni.
W mgnieniu oka stanęli w sprawnym szeregu, na którego widok wezbrało podziwem serce
małego rycerza, tak lud był dobrany. Chłopy wszystko rosłe i tęgie, przybrane w kaftany
ze skórzanymi pasami przez ramię, w jednostajne czarne kapelusze z podniesionym koliskiem
z lewej strony; wszyscy mieli jednakie gniade konie i stanęli murem, z rapierami przy
ramieniu, poglądając bystro, ale spokojnie, w stronę drogi.
Jednakże z szeregu wysunął się oficer z trębaczem chcąc widocznie zapytać, co by byli za
ludzie zbliżający się tak wolno.
Widocznie sądził, iż to jakaś radziwiłłowska chorągiew, od której nie spodziewał się
zaczepki. Jął tedy machać rapierem i kapeluszem, a trębacz trąbił ciągle na znak, iż chcą
rozmowy.
- A wypal no który ku nim z garłacza - rzekł mały rycerz-aby wiedzieli, czego się mają od
nas spodziewać!
Strzał huknął, ale siekańce nie doszły, bo było zbyt daleko. Oficer widocznie myślał
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional