lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 207

Ale skoro słońce zaczęło przypiekać, stary zdał robotę na synów i wywoławszy Balcerka, poszli odwiedzać Borynę.
— Piękny czas, kumie — rzekł Kłąb przyjmując tabakę.
— Galanty. Byle jeno za długo nie przypiekało.
— Stronami przechodzą deszcze, toż i nas nie ominą.
— Robactwo jaże się roi na drzewach, na suszę się ma.
— A jarzyny spóźnione, mogłoby przypalić. Może Pan Jezus nie dopuści… Cóż ta na jarmarku? dowiedzieliście się co o koniu?
— I… dałem starszemu trzy ruble, przyobiecał.
— Że to przezpieczności nie ma żadnej!… człowiek pod strachem cięgiem żyje jak ten zając, a nikto nie poradzi.
— A wójt kiej malowany — szepnął ostrożnie Balcerek.
— Trza będzie pomyśleć o nowym — rzucił Kłąb.
Balcerek spojrzał na niego, ale stary dodał gorąco:
— Już wstyd przez niego na wieś idzie. Słyszeliście o wczorajszym?
— I… bitka każdemu przytrafić się może, zwyczajnie… Drugie miarkuję: byśmy za te jego rządy nie dopłacili.
— Sam się nie rozporządza: dyć i kasjer pilnuje, i pisarz, i urząd…
— Psy mięsa pilnują! Warują, a w końcu ty, chłopie, dopłać, bo nie dopilnowali.
— Bogać ta inaczej! Wiecie ta co nowego?
Balcerek jeno splunął i ręką machnął; nie chciał gadać, chłop był mrukliwy i przez babę zahukany, to i barzej strzegący języka.
Doszli też do Borynów.
Józka skrobała ziemniaki na ganku.
— Idźcie, ojciec ta sami leżą. Hanusia na kapuśnisku, a Jagna robi u matki.
W izbie pusto było, przez otwarte okno zaglądały kiście bzów i słońce siało się przez zieleń.
Stary siedział na łóżku. Wychudły był, siwa broda jeżyła mu się na żółtej twarzy kiej szczeć, głowę miał jeszcze obwiązaną, ruchał cosik sinymi wargami.
Pochwalili Boga, nie odrzekł ni się poruszył.
— Nie poznajecie to nas? — ozwał się Kłąb za rękę go biorąc.
Jakby nic nie wiedział, nasłuchiwał niby tego świegotania jaskółek lepiących gniazda pod strzechą lebo tego szmeru gałęzi szorujących po ścianach i w okno niekiedy zaglądających.
— Macieju! — rzekł znów Kłąb wstrząsając nim zdziebko.
Chory drgnął, oczy mu się zatrzęsły, obejrzał się na nich.
— Słyszycie? dyć Kłąb jestem, a to Balcerek, wasz kum; poznajecie, co?
Czekali patrząc mu w oczy.
— Sam tu, chłopy! Do mnie! Bij psubratów! bij! — krzyknął z nagła ogromnym głosem, podniósł ręce jakby w obronie i zwalił się na wznak.
Józka wpadła na krzyk i jęła mu głowę obwalać mokrymi szmatami, ale on już leżał cichy, a w szeroko otwartych oczach lśnił jakiś strach śmiertelny.
Wyszli pokrótce, sfrasowani i pełni zgrozy.
— Trup ci tam leży, a nie żywy człowiek! — rzekł Kłąb odwracając oczy na chałupę.
Józka znowu skrobała ziemniaki na ganku, dzieci bawiły się pod ścianą, a w sadzie spacerował Witkowy bociek, zaś wiater przysłaniał gałęziami okno wywarte.
Szli czas jakiś w milczeniu zgrozy, jakby z grobu wyszli.
— Każdemu przyjdzie na to, każdemu — szepnął łzawo Kłąb.
— A każdemu… wola Boża, cóż, nie poredzi… Hale, mógł jeszcze pożyć jaką porę, żeby nie ten las…
— Pewnie. Zginął, a drugie się z tego pożywią — westchnął.
— Raz kozie śmierć… mało się to naharował?
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional