lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 204

— Do swojej żołnierki wróć se z jamorami… wysługuj się, póki tamten nie wróci. Odpasła cię w kreminale, naszkodowała się na ciebie, to jej teraz odrabiaj! — chlastała kiej batem, a tak wzgardliwie, że Mateusz zapomniał języka w gębie.
Wstyd go przejął, poczerwieniał kiej burak, przygiął się i uciekł po prostu.
A Jagnę, choć powiedziała, co czuła i z czym się już cały tydzień nosiła, żal teraz ogarnął: nie myślała, iż się ozgniewa i pójdzie sobie.
— Głupi, przeciech ja ino tak sobie powiedziałam, przez złości! — myślała, markotnie patrząc za nim. — I żeby się zaraz ozgniewać! …Mateusz!
Ale nie usłyszał, śmigając przez sad jakby poszczuty.
— Zła osa, ścierwo! — mruczał lecąc już prosto do domu. Gniew nim miotał na przemian z podziwem. Jakże, zawdy była taka trusia, gęby ozewrzeć nie poredziła. Toć go sponiewierała kiej psa! Wstyd nim zatrząsł, że obejrzał się, czy aby kto nie słyszał jej pyskowania.
— Tereskę mu wypomina! Głupia!… co mu ta żołnierka?… zabawa i tyla! A jak to ślepiami sypnęła! jak to harno pod bok się ujęła! jak to buchnęło od niej lubością!… Jezu, i w pysk wziąć od takiej nie wstyd, bele się jeno dostać do miodu… — Cięgotki go wzięły, zwolnił kroku przed chałupą.
— Ozgniewała się, żem o niej przepomniał… Bogać, com winowaty… i o Tereskę… — skrzywił się jak po occie. Dosyć już miał tej płaksy, zbrzydły mu te ciągłe kwiki. Nie ślubował przeciek, bych się jej musiał trzymać jak ten ogon krowy! Ma przeciek chłopa! I ksiądz gotów go jeszcze wypomnieć z ambony! Z taką to i człowiek flaczeje. Psiakrótka z tymi babami! — srożył się w sobie.
Obiad się dopiero dogotowywał, skrzyczał więc Nastkę za mitrężenie i zajrzał do Tereski. Właśnie krowę doiła w sadzie; podniosła na niego oczy dziwnie smutne, ledwie co obeschłe z płaczu.
— Czegoś to buczała?
Tłumaczyła się cicho, miłującymi oczyma ogarniając twarz jego.
— Wymion byś lepiej pilnowała, strzykasz ano mlekiem na wełniak.
Kwardy był dzisiaj i przez dobroci, że łamała sobie głowę, co mu się stało, sprawując się już kiej trusia, gdyż za każdym odezwaniem złością pryskał i ślepiami toczył.
Niby to czegoś po sadzie szukał i kole domu, a głównie przyglądał się jej kryjomo dziwując się coraz barzej:
— A gdzież to miałem oczy? Takie to cherlawe i wymiękłe… Ni to z pierza, ni z mięsa! Gnat rozkwaszony. Cyganicha prosto. Ni postury, ni…
Prawda, jedne oczy to miała piękne, równe może Jagusinym, ogromne, jasne kiej niebo i czarnymi brwiami opięte, a ilekroć spotkał się z nimi, odwracał głowę i klął z cicha:
— Wytrzeszcza ślepie niby cielak, kiej ogon podniesie!
Niecierpliwiło go to patrzenie i w sroższy gniew wprowadzało.
— Na złość na cię nie spojrzę, ślepiaj se psu w ogon! Nie przeciągniesz me.
Razem jedli obiad, ale ni razu do niej się nie ozwał, ni nawet spojrzał w jej stronę. Nastce jeno przygadywał co trocha:
— Pies by się nie chycił za taką kaszę: jak uwędzona!…
— Bogać ta, ździebko jeno przypalona i kiej cie w zęby kłuje…
— Nie przeciwiaj się! Muchami ją zmaściłaś, więcej ich niźli skwarków.
— Już mu muchy szkodzą! jaki przebierny! nie strujesz się!
Zaś przy kapuście wyrzekał na stare sadło.
— Mazią od woza omaścić, też gorsze by nie było.
— Poliż osi, to obaczysz, ja ta nie probantka! — odpowiadała twardo.
Czepiał się bele czego i piekłował. Że Tereska cały czas się nie odzywała, to zaraz po obiedzie wziął się i do niej, dojrzał bowiem jej krowę cochającą się o węgiel.
— Obrosła gnojem kiej skorupą: nie możecie to jej wycierać, co?
— Mokro w oborze, to się wala.
— Mokro! Są w lesie kołki, są; czekacie jeno, by wam kto nagrabił i do chałupy przyniósł. Dyć odparzy sobie kłęby w tym gnoju, zgnije! Tyla bab w chałupie, a porządku ani za grosz! — wrzeszczał, ale Tereska ustępowała mu pokornie, nie śmiejąc się już bronić, a jeno prosząc ślepiami o pomiłowanie.
Cicha przecież była jak zawsze, uległa i pracowita jak mrówka, nawet rada, że wziął nad nią górę i kwardo panuje. A właśnie on i bez to srożył się coraz barzej. Gniewały go jej kochające, lękliwe oczy, gniewał chód cichy, gniewała twarz pokorna, gniewało i to, że cięgiem plątała się kole niego. Miał już ochotę krzyknąć, by mu z oczu ustąpiła.
— Żeby to morówka wziena, psiakrew! — buchnął wreszcie i zabrawszy porządki ciesielskie, nawet nie wytchnąwszy przypołudnia, poszedł do Kłębów, kaj miał jakąś robotę przy chałupie.
Siedzieli tam jeszcze przy michach, na dworze.
Zakurzył papierosa siedząc pod ścianą.
Kłęby pogadywali o powrocie z wojska Grzeli Borynowego.
— Wraca to już? — zapytał spokojnie.
— Nie wiecie to? Dyć razem z Jaśkiem Tereski i Jarczakiem z Woli.
— Na żniwa się obiecują. Tereska latała dzisia z listem do organisty, bych przeczytał. Powiadał mi o tym.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional