lektory on-line

Przedwiośnie - Stefan Żeromski - Strona 21

— Przecież nie cudzy.
— Tak — nie cudzy.
— Pani ma bliższą rodzinę?
— Tych oto tutaj, krewnych mego ojca.
— Ale najbliższa rodzina?
— Najbliższa zginęła od bolszewików.
— Jak to? Wszyscy?
— Matka umarła w Warszawie z wyczerpania sił, w ciężkiej biedzie. Ojciec szczęśliwszy, bo zaraz po wyjściu z więzienia w Kijowie.
— A pod względem materialnym? Przepraszam panią, że o to się pytam.
— Nic! Chot' szarom pokati. Mama, wyrzucona z naszego domu, siedziała za takim właśnie stawem, który oddzielał nasz majątek od wsi chłopskiej — przez cały rok. Siedziała nieszczęsna w chłopskiej chacie. Wyszła sama jedna, w jednej sukni. Obok niej tylko przecudny nasz pudel — Gaga. Ja byłam w Warszawie, ja bujałam sobie po świecie… Gaga nie mógł wytrzymać życia w tej chałupie, nie zniósł nędzy, gdy go kopali nogami i w zimie wypędzali na zawieję. — Zdechł. Dał nam wzór, że powinniśmy tak samo umierać, gdy nas znieważają podłe tyrany. Mama przedostała się do Warszawy. Umarła. Jestem sama.
— Teraz ja znowu jestem pani porte–malheur, ostatni powiew bolszewizmu.
— To straszne! — zaśmiała się rozczerwieniona aż po samo czoło.
— Dość już o tym! Pani jest nienaturalna, pełna pruderii.
— Jeszczem się, widać, nie oswoiła ze wszystkimi prawdziwościami na świecie, choć był już czas i nie brakło okoliczności po temu.
— Czy wie pani, że i ja jestem poniekąd „ofiarą” bolszewików?
— Pan? Tak? Nie przypuszczałam. To ciekawe!
Cezary pod wpływem niespodziewanego impulsu szczerości zaczął opowiadać o swej matce i ojcu, o ucieczce z Baku i wędrówce przez Rosję, o śmierci ojca i przybyciu do granic Polski. Było dla niego samego cudaczne i niedorzeczne owo wywnętrzanie się przed nieznajomą osobą, a jednak opowiadał wszystko z bezwzględną szczerością. Mówił o szczegółach, które w tej chwili dopiero przypomniał sobie i zobaczył z nadzwyczajną oczywistością. Nigdy przed nikim dotąd swych spraw osobistych i uczuć rodzinnych nie wydobywał na wierzch. To, co mówił z Gajowcem o matce, matki się tylko tyczyło i miało pewną swoistą uczuciową podnietę. Nie zwierzał się nigdy szczerzej nawet Hipolitowi Wielosławskiemu. Teraz sprawiała mu istotną przyjemność jakąś duchową ulgę całkowita opowieść o swoim minionym życiu. Panna Szarłatowiczówna słuchała go w taki sposób, że to właśnie podniecało go do wywnętrzeń. Słuchała go uważnie i pilnie, surowo i chmurnie. Czasami wyrazy twarde, przeważnie rosyjskie, chrzęściały w jej zębach, gdy opowiadał o biedach i śmierci ojca. Siedli na drugim końcu grobli, gdzie ta grobla w wysokie pola wrastała. Mieli pod sobą odbicia swych postaci. Na przeciwległym brzegu wznosił się biały dworek osłoniony wieńcem gałęzi lip prastarych i odzwierciadlenie swe najdoskonalsze znajdował w czystej wodnej powierzchni.
— I cóż? Żal pani pudla Gaga czy Gagi? — zapytał młodzieniec po długim milczeniu, gdy już skończył opowiadanie o sobie.
— Czy mi żal? Nie wiem.
— Nie wie pani?
— Czuję w każdym razie to samo, co on, gdy go chłopy wyrzucały w zawieję. Mnie tak samo wyrzucono na dwór z mego domu.
— Cóż robić! Taki los.
— Los! Rzeczywiście! Dola, żeby się urodzić kobietą i nie móc przynajmniej pomścić się na wrogach! Dola, żeby drżeć o siebie, o swą kobiecość wobec tych, którzy mieli prawo pozbawić mię wszystkiego materialnego dobra — ach! — i rodziców. To jest prawo! To jest sprawiedliwość! Pies Gaga lepszy miał koniec niż moja matka! Pan nawet nie domyśla się, co to za szczęście być mężczyzną! Nie drżeć o swoją całość, być pozbawioną tej głupoty, tej trwogi, tej wiecznej troski! Ach, móc uderzyć, uderzyć w łeb ostrym mieczem lub ostrym sztyletem!
— Jaka to pani mściwa!
— Jestem mściwa. Gdyby pan wiedział, z jakim uczuciem czytałam gazety, że tu idą, tu przybywają wyrzucać nas znowu z domów i mordować, rozstrzeliwać, jak rozstrzeliwali w Płockiem za to, że się jest szlachcicem.
— Nie tylko za to, lecz za to także, że się było tyranem, zdziercą, katem parobków…
— A gdyby pan wiedział, z jakim uczuciem czytałam gazety, wieści, że bijecie, bijecie na miazgę, że ich po polsku ścinacie z ramienia!
Zerwała się z miejsca i nachyliła nad Cezarym.
— Czemużeście nie poszli dalej, dalej, dalej? — pytała wpijając się weń oczyma.
— Aż do Uralu? Dalej — aż do Krasnojarska?
— Nie do Uralu i do Krasnojarska, lecz do Moskwy! Do Moskwy! — powtórzyła, wszystko mieszcząc w tym słowie.
— Ja się polityką nie zajmuję, zwłaszcza tu, nad tym stawem, toteż nie wiem, czemu nie popchnięto nas aż do Moskwy.
— Ducha w was nie było!
— Ducha w nas nie było, żeby intromitować z powrotem pudla Gagę do pałacu na Ukrainie, gdzie już pewnie jest teraz wiejska szkoła.
— Żeby odebrać zrabowane!
— Proszę pani. To, co tam zostało zrabowane, to już amen! Nad tym trzeba krzyżyk postawić. Trzeba postawić krzyżyk albo i cały duży krzyż nad całym tamtejszym dziełem i światem. Tym krzyżem pobłogosławić. Odpuścić winę. Niech tam ten polski krzyż stanie nad popełnionymi zbrodniami. Tam jest ziemia ruska i lud ruski. Mamy tu, Polacy, ziemię polską i lud polski. Mamy wolność. O tym, żeby się tam z powrotem pchać, nawet nie należy marzyć, nie tylko myśleć.
— Nigdy panu nie zapomnę tego słóweczka o pudlu!
— Zapomni pani! Już jesteśmy przyjaciółmi, a będziemy jeszcze szczerszymi i jeszcze większymi.
— Skądże to taka pewność? Dzień jeden nie upłynął od przyjazdu pana do *ta strona*, aż ci już taka pewność siebie!
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional