lektory on-line

Przedwiośnie - Stefan Żeromski - Strona 17

— Rozkaz!
Hipolit ujął Cezarego obiedwiema rękami pod łokcie w ten sposób, że się spletli nierozerwalnie. Linijka z nagła zaturkotała wbiegłszy na szosę kamienistą, kostropatą od spiczastych krzemyków i granitów. Hipolit zaciął kasztana raz, drugi i trzeci. Koń rzucił się naprzód i poszedł w pełny galop.
Linijka poczęła z warczącym hałasem miotać się od rowu do rowu, od pryzmy tłuczonego kamienia do pryzmy. Ten bieg wciąż jeszcze wzmagał się od siarczystych razów. Wreszcie przeszedł w skok szalony, co siły w biegunie. Cezary już nic nie widział. Cały jego wysiłek polegał na zachowaniu równowagi i utrzymaniu oparcia o plecy Hipolita. Koła wózka zdawały się nie dotykać ziemi, a zamiatały szosę w prawo i w lewo, coraz częstotliwiej furkocząc.
— Teraz uwaga! Pełny bieg! Full pace! — wrzasnął Hipolit.
W istocie, nastał bieg tak pełny, że Baryka przymknął oczy. Czekał na katastrofę. Rad by był wydobyć ręce spod uścisku łokci Hipolita i w pełnym biegu zeskoczyć, lecz Wielosławski nie popuszczał swego pasażera. Krzyk jego, popędzający konia, stał się dziki i srogi. Bat jego świstał. Ta wariacka jazda trwała tak długo, że pasażer stracił wszelką nadzieję, żeby się kiedykolwiek skończyć mogła. Czuł zawrót głowy i mdłości.
Za żadną jednak cenę nie byłby się przyznał do tego nierycerskiego stanu. Milczał mężnie i wytrwale czekał. Jak przez sen usłyszał w tym locie jakieś nawoływanie. Zobaczył jakieś z boku ruchome plamy, ale tak niejasno, w takich gzygzakach, że to nie dotarło do jego świadomości. Lecz oto Wielosławski począł zdzierać lejcami swego skakuna. Linijka pędziła jeszcze, lecz już bardziej środkiem szosy. Hipolit puścił ręce Cezarego i z całej siły siepał w tył lejcami rozbieganego konia. Wreszcie przeforsował go, puścił w kłus i stanął na miejscu.
— Patrz, jak mię ten wariat urządził! — zawołał Hipolit zeskakując z linijki na ziemię.
— Który wariat?
— Jeden z wariatów…
Istotnie, cały Hipolit był zabryzgany błotem, lepki od stóp do głów. Twarz jego ledwie było widać pod bryzgami.
— Zdaje mi się, że na nas ktoś wołał — rzekł Cezary.
— Skąd?
Rozejrzał się po polach i roześmiał radośnie:
— A! Pani Laura…
— Gdzie jaka znowu Laura?
— Sąsiadka nasza, pani Laura Kościeniecka, ze swym narzeczonym. Patrzże!
Cezary obejrzał się dookoła i rzeczywiście spostrzegł „sąsiadkę”. Zbliżała się młoda dama sadząc ślicznymi, wspaniałymi skokami na przepysznym szpaku. Obok niej kłusował jeździec na gniadym wierzchowcu. Dama jechała po męsku, doskonale trzymając się na siodle i świetnie władając koniem. Gdy z polnej drogi zbliżyła się do szosy i miejsca postoju bohaterów linijki, Cezary mógł oglądać jej obcisły strój męski, lekkie buty, żółtawe ineksprymable, krótki spencerek i niski, okrągły kapelusz. Bujne blond włosy nad wyraz pięknego koloru, zwinięte w duży węzeł w tyle głowy, doskonale były ujęte przez owo niskie nakrycie głowy. Dama śmiała się do rozpuku, przypatrując się z uwagą Hipolitowi.
— Pospieszamy panu na pomoc, miły sąsiedzie! Jechaliśmy właśnie z panem Władysławem moimi granicami — aż tu widzimy, że kogoś na trakcie konik ponosi — ha–ha–ha!…
— Myli się pani. Konik nas wcale nie ponosił… — oburzył się Hipolit.
— Doprawdy? Nie? A to się cieszę. Bo już współczułam bliźniemu.
— Dziękuję w każdym razie za współczucie w swoim imieniu i w imieniu mego przyjaciela, Cezarego Baryki.
— A! — skinęła głową pani w stronę Baryki. — Zdaje mi się jednak, że moje współczucie raczej ubodło sąsiada… — ciągnęła złośliwie, zwracając się znowu w stronę Hipolita.
W ogóle „przyjaciela Baryki” zdawała się nie dostrzegać, jakby był czymś daleko mniej interesującym w tym zaprzęgu niż koń kasztan.
— Ależ go pan zmydlił! — wtrącił mocnym, basowym głosem towarzysz pani Kościenieckiej. — Cały koń w pianach. Myślę, że go pan napalił. Ależ dycha! Kiedyż pan powrócił?
— Wczoraj.
— Tiens! — syknęła pani. — I już dziś rano tak forsowna eskapada!
— Na wojnie przyuczono nas rano wstawać.
— A pan także z wojny? — zapytała młoda dama zwracając się do Cezarego.
— Tak. Oczywiście. Tak jest, z wojny.
— Pan pozwoli, że się przedstawię… — rzekł do Cezarego swym najniższym basem towarzysz pani Kościenieckiej. — Jestem Barwicki.
— Baryka.
— Z uszanowaniem patrzę na prawdziwych żołnierzy… — mówił z oczyma przymrużonymi chytrawo. — Sam tutaj jedynie na miejscu działając w zakresie organizacji i świadczeń, prawdziwie cześć mam dla żołnierzy.
— Wiadomo przecie, że pan nie mógł iść ze względu na swą astmę… — wtrąciła pani Kościeniecka.
— Pan Władysław chory na astmę? Tak? Nic nie wiedziałem… — dziwił się Wielosławski. — To widocznie podczas wojny musiał się pan tej astmy nabawić…
— Gdzież tam! Już dawniej pan Władysław miał ataki duszności, a teraz się to uwidoczniło, gdy go lekarze podczas superrewizji zbadali.
— Życzę panu z serca powrotu do normalnego zdrowia! — mówił Wielosławski z najszczerszymi drwinami do potężnego jeźdźca, który mógłby pospołu ze swą astmą mury forteczne łamać.
— Dziękuję, dziękuję… — bełkotnął tamten ściskając co prędzej wyciągniętą prawicę.
— A czy panowie zdają sobie z tego sprawę, że jesteście na moim polu? — rzekła nagle pani Kościeniecka. — Zajechaliście moje dziedziny. „Gdy jeleń wszedł w moją puszczę, jeleń mój”. Proszę do mnie na śniadanie.
— Pani Lauro! W takiej postaci? Proszę spojrzeć na mnie okiem uwagi i litości. Czy w takim stanie zabryzgania mogę jechać do Leńca?
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional