lektory on-line

Krzyżacy - Strona 133

zarazem podobną do głowy starego sępa.
- Prowadź! - rzekł Zygfryd.
Źółte koło światła od latami zachybotało znów na śniegu i poszli dalej. W grubym murze
spichlerza było wgłębienie, przy którym kilka schodów wiodło do niskich żelaznych drzwi.
Diederich otworzył je i znów począł schodzić po schodach w głąb czarnej czeluści,
podnosząc mocno latarnię, by oświecić komturowi drogę. Na końcu schodów był korytarz, a w
nim na prawo i na lewo nadzwyczaj niskie furty od cel więziennych.
- Do Juranda - rzekł Zygfryd.
Po chwili zaskrzypiały rygle i weszli. Ale w jamie było zupełnie ciemno, więc Zygfryd,
nie widząc dobrze przy mdłym świetle latami, rozkazał zapalić pochodnię i wkrótce w
mocnym blasku jej płomienia ujrzał leżącego na słomie Juranda. Jeniec miał kajdany na
nogach, na ręku zaś łańcuch nieco dłuższy, taki, by mu pozwalał podawać sobie pokarm do
ust. Ubrany był w ten sam wór zgrzebny, w którym stanął przed komturami, lecz pokryty
teraz ciemnymi śladami krwi, albowiem w dniu owym, w którym położono kres walce dopiero
wówczas, gdy oszalałego z bólu i wściekłości rycerza splątano siecią, knechtowie chcieli
go dobić i halabardami zadali mu kilkanaście ran. Dobiciu przeszkodził miejscowy,
szczytnieński kapelan, ciosy zaś nie okazały się śmiertelne, natomiast uszło z Juranda
tyle krwi, że go odniesiono do więzienia na wpół żywego. W zamku mniemano powszechnie, że
lada godzina skończy, lecz jego ogromna siła zmogła śmierć i żył, chociaż nie opatrzono
mu ran, a wtrącono go do strasznego podziemia, w którym w dniach odwilży kapało ze
sklepień, w czasie zaś mrozów ściany pokrywały się grubą sadzią śnieżną i kryształkami
lodu.
Leżał więc na słomie, w łańcuchach, niemocen, ale ogromny, tak iż zwłaszcza leżąc, czynił
wrażenie jakiegoś odłamu skały, który wykuto w kształt człowieczy. Zygfryd kazał mu
świecić prosto w twarz i przez czas jakiś wpatrywał się w nią w milczeniu, po czym
zwrócił się do Diedericha i rzekł:
- Widzisz, iże ma tylko jedną źrenicę, wykap mu ją. W głosie jego była jakaś niemoc i
zgrzybiałość, ale właśnie dlatego straszny rozkaz wydawał się jeszcze straszniejszy.
Toteż pochodnia zadrżała nieco w ręku kata, jednakże pochylił ją i wkrótce na oko Juranda
poczęły spadać wielkie, płonące krople smoły, a wreszcie pokryły je zupełnie od brwi aż
do wystającej kości policzka.
Twarz Juranda skurczyła się, płowe wąsy jego podniosły się ku górze i odkryły zaciśnięte
zęby, ale nie wyrzekł ani słowa i czy to z wyczerpania, czy przez zawziętość przyrodzoną
strasznej jego naturze, nie wydał nawet jęku.
A Zygfryd rzekł:
- Przyrzeczono ci, iż wyjdziesz wolny, i wyjdziesz, ale nie będziesz mógł oskarżać
Zakonu, gdyż język, którym przeciw niemu bluźniłeś, będzie ci odjęty.
I znów dał znak Diederichowi, lecz ów wydał dziwny, gardlany głos i pokazał zarazem na
migi, że potrzebuje obu rąk, a nadto, że chce, by komtur mu poświecił.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional