lektory on-line

Przedwiośnie - Stefan Żeromski - Strona 14

— Poradzę sobie, proszę pani!
— Nie tak to łatwo. Nie jestem pewna, czy tam posłane.
— Tego już nie wiem, dziecko. Nie wiem. Bij mię, katuj — na pościelach się nie rozumiem… — mruczał ksiądz pociągając nowe hausty.
— Nie ma co! Ja sama panów odprowadzę. Zobaczę.
— Złote słowa powiedziałaś. Ten gość musi się wyspać. Musimy dziś chrapać! To darmo. Chodźmy, poruczniku!
Cezary, który zgodził się nawet na to, że będzie w tym domu porucznikiem, znalazł swój zdezelowany kapelusz i wyszedł za przewodem księdza i panny Szarłatowiczówny. Zeszli po schodach ganku i skręcili w ogród ciemny, zarośnięty, szumiący w mroku ogromem jesiennych gałęzi. Posuwali się naprzód wąskimi uliczkami, które raz w raz w półokrąg się zataczały. Wkrótce jednak te półkoliste ścieżki zginęły w jednolitej murawie. Ksiądz sapał i wzdychał, a wreszcie ustał w drodze. Na niespokojne pytania panny Karoliny dawał odpowiedzi dziwnie niechętne i opryskliwe, a wreszcie nie dawał żadnych. Słychać było tylko jego sapanie coraz głośniejsze i złowrogie szamotanie się w mroku. Panna Szarłatowiczówna rzuciła się kapłanowi na ratunek i rzeczywiście wybawiła go z opresji. Podchmielony ksiądz Anastazy wlazł w ciemności na młodego świerka, który mu się cały wpakował pod sutannę i między nogi, a w sposób tak wyjątkowo uporczywy, iż żadną miarą nie można było ani przeskoczyć, ani ominąć, ani w ogóle przerwać tego dosiadania świerka z jego bujnymi i sprężystymi gałęźmi.
— Diabli z tymi świerkami! — irytował się kapłan. — Co to za pomysł, żeby zostawiać na drodze takie małe koczkodany.
— Bo kto widział, żeby nosić tak długie sutanny! — mówiła kuzynka wydobywając księdza na wolność. — Księża za granicą nie chodzą już w takich spódnicach. Nawet my, kobiety, nosimy przecie krótkie suknie, nie takie do samej ziemi.
— Cicho! Co się wtrącasz do kapłańskich sukienek…
— Muszę się wtrącać, bobyś był nie wyszedł z tego świerka, żeby nie ja.
— I to prawda. Ten nikczemnik nie chciał wyleźć spode mnie. Ale suknie kapłańskie to nie twoja rzecz! Nic ci do tego! Swoich pilnuj!
Po chwili księżyk Anastazy zaczął śpiewać na cały ogród:
Caroline, Caroline,
Prends ton chapeau fleuri,
Ta robe blanche
De dimanche
Et tes petits souliers vernis…
— Nastuś! Co ty po nocy wyśpiewujesz? — zaśmiała się panna Karolina.
— Jestem na urlopie, jestem na wakacjach, w domu rodzinnym, Caroline…
— Ciocia usłyszy…
— O, zaraz usłyszy! Akurat! Usłyszy albo i nie usłyszy. Noc jest tak ciemna, że gdzie by tam kto co słyszał. Ksiądz — to musi być eo ipso — mizantrop. Jakem był w Paryżu…
— Dobrze, dobrze, opowiesz, co tam było w Paryżu… Ale musimy iść prędzej. Deszcz pokrapuje. Śpieszmy się!
Szli prędzej zaułkami ogrodu, w ciemności choć oko wykol.
Ksiądz coraz bardziej postękiwał i uskarżał się na przeszkody, a Cezary w tym miejscu zupełnie obcym musiał uczepić się ręki panny Szarłatowiczówny, żeby zaś nie ulec losowi plebana. Ręka tej wiejskiej panny, choć maleńka, była mocna i muskularna. Uczepiwszy się raz — wojak nie popuszczał jej ze swej dłoni aż do chwili, gdy cała trójka stanęła przed jakimś białym murem. Tutaj panna trafiła do drzwi, niewidocznych dla Baryki, i otworzyła je. Weszli do sieni wyłożonej ciosowym kamieniem, na którym krok dźwięczał donośnie. Ksiądz Anastazy dociągnął swe ciężkie stopy do drzwi prowadzących z tej sieni na prawo i otworzył je z hałasem znacznie większym ponad potrzebę. Cezary chciał iść za nim, ale panna Karolina go zatrzymała, tłumacząc, że jego pokój jest dalej. Kapłan z głębi ciemnego pokoju zawołał:
— Ja już sam trafię do łóżka, a ty pokaż drogę porucznikowi.
— Ładnie mię wykierowałeś, opiekunie… — szepnęła panienka ze śmiechem. — A czy aby naprawdę trafisz do łóżka?
— Kpisz czy o drogę pytasz? Do łóżka bym znowu nie trafił! Dobre sobie! Już je widzę, o, już je mam. Łóżeczko kochane…
Caroline, Caroline,
Prends ton chapeau fleuri…
— Dobranoc, kanoniku! — zawołał Cezary.
— Dobranoc, brygadierze! — jęknął kapłan zapadając gdzieś głęboko.
Panna Karolina i Cezary zostali sami w pustej i ciemnej sieni. Przez chwilę młoda gospodyni tych miejsc szukała z pośpiechem świecy po kątach, z dala się trzymając od gościa. Wreszcie z radością w głosie oświadczyła, iż znalazła już świecę. Zaczem potarła zapałkę i roznieciła światło.
— Ten dom — mówiła — jest to jakoby dawny zbór ariański, przerabiany wielokrotnie. Teraz tu jest mieszkanie rządcy, kancelaria i pokoje gościnne.
Otworzyła drzwi na prawo i wskazała Cezaremu pokój, wysoko podnosząc świecę.
— Zdaje się, że pan ma tutaj wszystko, co potrzeba. Widzę pościel. Zresztą przyślę chłopca.
— Po co tam chłopca przysyłać! Dam sobie radę. Na wojnie nauczony jestem obchodzić się po spartańsku. Nie mam żadnych wymagań. Ale jakże pani powróci do tamtego domu?
— Jakoś powrócę.
— O, tak nie można! Ja panią odprowadzę.
— Tak! Pan mnie, bo się boję, a potem ja pana, bo pan nie trafi.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional