lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 117

by to uczyniono, ale nikt już nie chciał o niczym wiedzieć.
Wodzowie i szlachta mieli na ustach jedno słowo: ?paktować!" Wysłano parlamentarzy. W
odpowiedzi przybył z obozu szwedzkiego świetny orszak, na czele którego jechali:
Radziejowski i jenerał Wirtz, obaj z zielonymi gałęziami w ręku.
Jechali ku domowi, w którym stał wojewoda poznański, ale po drodze zatrzymywał się
Radziejowski wśród tłumów szlachty, kłaniał się gałęzią i kapeluszem, uśmiechał się,
witał znajomych i mówił donośnym głosem :
- Mości panowie, bracia najmilsi! Nie trwóżcie się! Nie jako wrogowie tu przybywamy. Od
was samych zależy, by kropla krwi więcej nie była wytoczona. Jeśli chcecie zamiast
tyrana, który nastaje na wolności wasze, który o dominium absolutum zamyśla, który
ojczyznę do ostatniej zguby przywiódł, jeśli chcecie, powtarzam, pana dobrego,
wspaniałego, wojownika tak niezmiernej sławy, że na samo imię jego pierzchną wszyscy
nieprzyjaciele Rzeczypospolitej - to oddajcie się w protekcję najjaśniejszemu Karolowi
Gustawowi... Mości panowie, bracia najmilsi! Oto wiozę ze sobą poręczenie wszelkich
swobód waszych, waszej wolności, religii. Od was samych ocalenie wasze zależy... Mości
panowie! Najjaśniejszy król szwedzki podejmuje się przytłumić rebelię kozacką, zakończyć
wojnę litewską, i on jeden to uczynić potrafi. Ulitujcie się nad ojczyzną nieszczęsną,
jeśli nad sobą nie macie litości...
Tu głos zdrajcy zadrgał, jakoby łzami przyduszony. Słuchała szlachta w zdumieniu,
gdzieniegdzie rzadkie głosy zakrzyknęły: ?Vivat Radziejowski, nasz podkanclerzy!" - a on
przejeżdżał dalej i znów się kłaniał nowym tłumom, i znów słychać było jego tubalny głos:
?Mości panowie, bracia najmilsi!" - Na koniec obaj z Wirtzem i całym orszakiem znikli w
domu wojewody poznańskiego.
Szlachta stłoczyła się przed domem tak ciasno, że po głowach można by było przejechać, bo
czuła to i rozumiała, że tam, w tym domu, toczy się sprawa nie tylko o nią, ale o całą
ojczyznę. Wyszli słudzy wojewodzińscy w szkarłatnych barwach i poczęli zapraszać
poważniejszych ?personatów" do środka. Ci weszli skwapliwie, za nimi wdarło się kilku
mniejszych, a reszta stała pod drzwiami, tłoczyła się do okien, przykładała uszy nawet do
ścian.
Milczenie panowało w tłumach głębokie. Stojący bliżej okien słyszeli od czasu do czasu
gwar donośnych głosów wydobywających się z wnętrza izby, jakoby echa kłótni, dysput,
sporów... Godzina upływała za godziną - końca tej naradzie nie było.
Nagle drzwi wchodowe otworzyły się z trzaskiem i wypadł z nich pan Władysław Skoraszewski.
Obecni cofnęli się w przerażeniu.
Ten człowiek, zwykle tak spokojny i łagodny, o którym mówiono, że rany mogły się goić pod
jego ręką, wyglądał teraz strasznie. Oczy miał czerwone, wzrok obłąkany, odzież
rozchełstaną na piersiach; obu rękoma trzymał się za czuprynę i tak wpadłszy jak piorun
między szlachtę krzyczał przeraźliwym głosem :
- Zdrada! morderstwo! hańba! Jesteśmy Szwecją już, nie Polską! Matkę tam mordują w tym
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional