lektory on-line

Syzyfowe prace - Stefan Żeromski - Strona 110

— Tak. W papierach i w metryce stało: Sieger, jak pisał się mój dziad i ojciec, dlatego
prawdopodobnie zanotowano pod *S*. Ja nazywam się Bernard Zygier, *Zet*, *y*, *gier*…
Nauczyciel spojrzał na nowego ucznia i smutne oczy jego zajaśniały przez chwilę nikłym
promyczkiem wesela.
— Niech będzie Zygier… — powiedział. — Chcesz pan uczęszczać na lekcje języka polskiego?
— Rozumie się! Przecież to nasz język ojczysty… (Wied' eto nasz rodnoj jazyk).
Sztetter obejrzał szybkim lotem drzwi oszklone, tego ucznia, dziennik i poruszył wargami, jak gdyby
mówił jakieś słowo, czego przecie nikt nie dosłyszał. Po chwili rzekł:
— No… czytaj pan!
Zygier wziął książkę ułożoną przez prof. Wierzbowskiego i zaczął czytać wskazany urywek. Koledzy
jego, widząc, że prezentacja skończona i że rozpoczynają się zwykłe „nudy narodowe”, wzięli się do
odrabiania lekcji, do jawnego czytania rzeczy postronnych albo wprost układali się jako tako do
drzemki. Niektórzy, lepiej wychowani, z nałogu przyzwoitości trzymali oczy wlepione w Pająka. Inni
oglądali ściany powleczone sinym kolorem, szerokie brunatne lamperie, żółty stoliczek katedry,
czarną tablicę, szyby zasłonięte parą… Tymczasem Zygier odczytał i przetłumaczył na język
urzędowy kilka strof wiersza, a potem rozbierał kolejno zdania pod względem gramatycznym i
logicznym. Zastanowiło wszystkich, że czynił to nadzwyczaj starannie i że rozbierał po polsku.
Sztetter oparty ramieniem na krześle dźwignął zwieszoną głowę i bębniąc w stół palcami spod oka
przyglądał się Zygierowi. Podmiot, orzeczenie, słowa określające, rzeczownik, zaimek, mianownik,
dopełniacz, celownik, imiesłowy odmienne, nieodmienne itd. brzmiały w tej klasie tak dziwnie, tak
jakoś zabawnie, że wszyscy uczniowie, słysząc to raz pierwszy, spoglądali ze śmiechem to na
profesora, to na ucznia ciągnącego rzecz swoją ze skupieniem i uwagą. Ukończywszy rozbiór całego
wiersza, Zygier złożył książkę na ławie. Nauczyciel otworzył swój notes prywatny, dziennik klasowy,
ujął za pióro, wykręcał je w palcach i myślał o czymś głęboko.
— Dosyć… — rzekł wreszcie. — Mam panu stawiać stopień. Ale jaki? Cóż ja panu postawię? Ja nie
mam tu… na to… stopnia, panie Zygier…
Mówiąc tak, znowu przyglądał się nowemu uczniowi i wracał do niego oczyma kilkakroć, jakby ich
nie był w stanie zdjąć z tej twarzy. Zygier stał w ławce, mierząc Sztettera swym uważnym i
spokojnym wejrzeniem.
— Proszę mi powiedzieć — rzekł jeszcze nauczyciel — co pan czytałeś, w jakim kierunku?
— Czytałem… tak dosyć rozmaitych rzeczy.
— A z literatury polskiej?
— Uczyliśmy się kolejno, systematycznie, okresami.
— Tak, tak… — mówił Sztetter, zabawnie strzepując ręką piasek z dziennika — no i jakież to tam
okresy?
— Czytaliśmy utwory wieku złotego dosyć pobieżnie, za to romantyków szczegółowo.
— Któż to… my? — zapytał nauczyciel daleko ciszej i patrząc we drzwi.
— To tam, w Warszawie… my… sami…
— Cóż pan czytałeś np. z Mickiewicza?
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, Alfabud, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie.

Valid XHTML 1.0 Transitional